II ZJAZD ABSOLWENTÓW – CZERWIEC 1984

II ZJAZD ABSOLWENTÓW 

JUBILEUSZ 50-LECIA SZKOŁY

KOMITET ORGANIZACYJNY

  1. Czesław Falborski – przewodniczący Komitetu Obchodów 50-lecia Szkoły
  2. Jerzy Mieszkiewicz – zastępca przewodniczącego
  3. Tadeusz Stawowski – zastępca przewodniczącego
  4. Maria Wojtczak – sekretarz

Członkowie:

  1. Halina Brzozowska
  2. Henryk Chlasta
  3. Henryk Czajka
  4. Ryszard Durbajłło
  5. Henryka Engel
  6. Jan Firek
  7. Aurelia Gadzinowska – Tomaszewska
  8. Krystyna Jarecka
  9. Irena Just
  10. Henryk Kierszka
  11. Lechosław Kubiak
  12. Filomena Lesiak
  13. Franciszek Miksa
  14. Leon Murach
  15. Czesław Nowak
  16. Zygmunt Pietrzykowski
  17. Adam Słomiany
  18. Sylwester Wojciechowski
  19. Teresa Wronkowska
  20. Agnieszka Zawadzka
  21. Jan Zawadzki
  22. Jan Żebrowski

PROGRAM UROCZYSTOŚCI

  • Obchody 50-lecia Zespołu Szkół Zawodowych CZSR „Samopomoc Chłopska”
  • Zorganizowanie Izby Pamięci (tradycji) szkoły
  • Wydanie jednodniówki „50-lecie szkoły”
  • Wykonanie i wydanie znaczka okolicznościowego
  • Ustanowienie dyplomu Zasłużony dla rozwoju szkoły
  • Przygotowanie wystawy okolicznościowej poświęconej osiągnięciom sportu szkolnego
  • Wydanie 2. numeru Wiedzą Silni

 

DRODZY ABSOLWENCI

 PRZEMÓWIENIE/ SŁOWO WSTĘPNE    DYREKTORA SZKOŁY

 

Przeobrażenia szkoły w okresie 50-lecia

            Poprzedniczka obecnego Zespołu Szkół Zawodowych CZRS w Kutnie została założona we wrześniu 1932 roku przez Centralny Związek Detalicznego Kupiectwa Polskiego jako Prywatna Koedukacyjna Szkoła Handlowa. Było to wyrazem stworzenia warunków kształcenia się dla chętnej młodzieży z Kutna i okolic na poziomie średnim. W Kutnie w tym czasie istniała tylko jedna szkoła średnia, a mianowicie Koedukacyjne Gimnazjum typu humanistycznego, którego absolwenci
w zasadzie podejmowali studia na wyższych uczelniach, a młodzież męska zasilała kadry oficerskie w Wojsku Polskim.

Zajęcia szkolne początkowo odbywały się w domu prywatnym braci Wyganowskich przy ul. Bema8. W 1933 roku szkoła została przeniesiona do domu prywatnego A. Zdziubanego przy ul. Lelewela 8. Budynek mieszkalny przystosowano do pracy szkolnej;      mimo to w gmachu nie było korytarzy, urządzeń wodno – kanalizacyjnych, centralnego ogrzewania. Dyrektorem szkoły był Henryk Miksa.

W okresie okupacji gmach szkoły został zajęty przez Urząd Celny (za Kutnem biegła granica między tzw. Warthelandem
– krajem Warty – a Generalną Gubernią). Dokumenty zostały zniszczone przez władze okupacyjne –  niemieckie.
Od października 1939 r. do 16 lutego 1940 r. funkcjonowała szkoła z czterema klasami pojedynczymi, z okrojonym programem nauczania, będąc tolerowaną przez okupanta. Zajęcia odbywały się w pomieszczeniach Gimnazjum
im. H. Dąbrowskiego, przeznaczonych poprzednio na pracownie biologiczne, fizyczne i gabinety lekarskie. Z dniem 16 lutego 1940 r. szkoła została zlikwidowana.

W lutym 1945 r. zostaje wznowiona nauka w szkole w gmachu przy ul. Lelewela 8. Szkoła nosi nazwę Państwowe Koedukacyjne Gimnazjum Kupieckie. Pełniącą obowiązki dyrektora szkoły  jest Stefania Kuczkowska. Od 01.IV.1945 r. dyrektorem jest Jan Jaczynowski. Prowadzi szkołę do 31 sierpnia 1952 r. W roku szkolnym 1945/1946 szkoła została przemianowana na Państwowe Koedukacyjne Gimnazjum i Liceum Administracyjne w Kutnie, a w roku 1948/1949
na Państwowe Liceum Administracyjno – Handlowe I stopnia i Liceum Administracyjne II stopnia, a roku 1951/1952
na Technikum Handlowe Ministerstwa Handlu Wewnętrznego. Od roku szkolnego 1944/45 do 1948/1949 szkoła podlegała Kuratorium Okręgu Szkolnego Łódzkiego, w latach 1949/1950 i 1950/1951 Dyrekcji Okręgowej Szkolenia Zawodowego
w Łodzi.

W pierwszych latach powojennych do szkoły garnęli się: starsza młodzież, często zdemobilizowani żołnierze, partyzanci, młodzież wracająca z robót przymusowych w Niemczech oraz z „okopów”, to jest z prac przymusowych przy kopaniu rowów przeciwpancernych dla będącej w odwrocie armii hitlerowskiej. Młodzież ta rozumiała konieczność kształcenia, konieczność szybkiego zdobywania kwalifikacji zawodowych, by przyłączyć się po ukończeniu szkoły do odbudowy zniszczonego kraju, by kontynuować naukę na wyższych uczelniach. Entuzjazm młodzieży czynił cuda. Bez podręczników, często bez zeszytów (notatki robiono na pozostawionych przez okupanta formularzach, papierach), przy lampach naftowych (często wyłączano energię elektryczną), bez niezbędnych pomocy naukowych, w przepełnionych salach wyrastała młodzież patriotyczna (…)
Z tego  okresu „wyrośli” absolwenci zajmujący później eksponowane stanowiska w państwie (w gospodarce i polityce): ministrowie i wiceministrowie, wielu pracowników naukowych, w tym prorektor w Olsztynie – prof. Dr Bogusław Imbs. Wielu absolwentów zajmuje wysokie stanowiska w Wojsku Polskim w randze pułkowników, komandorów marynarki.
Duża grupa absolwentów to prawnicy – prokuratorzy, sędziowie, radcy prawni, dyrektorzy przedsiębiorstw.
Sześciu absolwentów jest profesorami naszej szkoły.

W roku szkolnym 1953/1954 szkoła zostaje przejęta na podstawie uchwały Prezydium Rządu z 29.IV. 1953 r.  przez Centralę Rolniczą Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Warszawie. Obok naszej szkoły zostaje   przyjętych 30 szkół w Polsce. Były
to szkoły ekonomiczne i gospodarcze zlokalizowane przeważnie w wyeksploatowanych obiektach.

CRS „Samopomoc Chłopska”, przejmując szkoły pragnęła przygotować w nich młodzież do pracy w Gminnych Spółdzielniach i ich związkach w ramach realizacji następujących zadań:

  1. 1.      zaopatrzenie wsi w artykuły konsumpcyjne i środki do produkcji rolnej,
  2. 2.      skupi kontraktacja produktów rolnych,
  3. 3.      usługi dla rolnictwa,
  4. 4.      działalność produkcyjna spółdzielni.

Od  roku 1953/1954 szkoła jest  prowadzona jest jako 3-letnie Technikum Handlowe,  a od  1954/1955 do 1958/1959 włącznie jako 4-letnie Technikum Handlowe, zaś w roku szkolnym 1959/1960 zostaje przemianowana na 5-letnie Technikum Ekonomiczne o specjalności „handel”. W roku szkolnym 1954/1955 zostaje przeniesiony z Łodzi do Kutna Wydział Zaoczny,
a w  roku 1960/1961 zostaje zorganizowana Zasadnicza Szkoła Handlowa kształcąca przyszłych  sprzedawców i magazynierów.

Wydział zaoczny kształci czynnych pracowników Gminnych Spółdzielni i Związków, którzy nie mają średniego wykształcenia.

W roku szkolnym1961/1962 wymienione wyżej  szkoły połączone zostają w Zespół Szkół Zawodowych CRS w Kutnie. Dyrektorem szkoły od września 1952 r. jest Franciszek Miksa. W tym czasie został przydzielony plac pod budowę szkoły przez Miejską Radę Narodową oraz wybudowany internat na 100 miejsc. Początkowo internat mieścił się w baraku poniemieckim na ul. Kołłątaja. Posiadał 50 miejsc. Potrzeba posiadania internatu wynikała z faktu kształcenia młodzieży pochodzącej z Gminnych Spółdzielni z województwa poznańskiego i bydgoskiego.

Starania  o budowę nowej szkoły i rozbudowę internatu rozpoczęto  już w 1963 roku. Dyrektorem Zespołu Szkół od tego roku jest Czesław Falborski. Po wielu staraniach u prezesa Zarządu CRS – Tadeusza Jańczyka i sekretarza Rady Państwa (…),
w Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Łodzi rozpoczęto budowę nowego obiektu szkolnego. Oddanie szkoły do użytku nastąpiło 1 września 1971 r. Przeprowadzka do nowej szkoły odbyła się w sierpniu 1971 r. przy mobilizacji nauczycieli, pracowników szkoły oraz młodzieży. Pomocy udzieliło też wojsko z jednostki stacjonującej w Malinie. Szkoła jest piękna, nowoczesna, z dobrze wyposażonymi klaso-pracowniami, dużą salą gimnastyczną, przestronnymi korytarzami i hallem
na parterze. Wokół niej wygospodarowano wraz z młodzieżą piękny „park” i posadzono tysiące róż. Szkoła stwarza więc nie tylko doskonałe warunki nauki, lecz i wypoczynku w czasie przerw i po zajęciach. Nowy internat wraz z kuchnią i stołówką oddano rok później, tj. 01.IX. 1972 r. Internat ma 400 miejsc, pokoje 2-3osobowe, pomieszczenia gospodarcze, pralnię, kuchnię z zapleczem, magazyny  administracyjne oraz dużą, dobrze wyposażoną jadalnię na ok. 400 miejsc i dwie świetlice.

Między salą gimnastyczną a internatem wybudowano boisko z dywanikiem asfaltowym do koszykówki, siatkówki i piłki ręcznej.

W 1968/69 uruchomiono Spółdzielczą Szkołę Ekonomiczną (pomaturalną) przemianowaną na Policealne Studium Spółdzielcze, a od roku  w roku 1970 – Policealne Studium Zawodowe.

Chcę zaznaczyć, Że CZRS „Samopomoc Chłopska” (poprzednio CRS) w ciągu 30 lat wybudowała 15 nowych budynków szkolnych i 17 internatów. Obecnie szkoły zawodowe CZRS zorganizowane są w 25 Zespołach Szkół Zawodowych prowadzących 98 szkól dla młodzieży niepracującej i 52 szkoły zaoczne.

Jednym z ważniejszych wydarzeń szkoły był I Zjazd Absolwentów odbywający się w maju 1976 r. Dla upamiętnienia wspomnień wydano okolicznościowy pierwszy numer „Wiedzą Silni”, ponadto wmurowana została tablica pamiątkowa
z napisem: „Nauczycielom i wychowankom Szkoły walczącym o niepodległość Narodu Polskiego i budujących Polskę Ludową”. W czasie Zjazdu odbyła się również sesja popularnonaukowa na temat: „Zadania szkoły w świetle doświadczeń
30-lecia”, którą prowadził absolwent szkoły – prof. dr hab. Bogusław Imbs, prorektor Akademii Rolniczej w Olsztynie.

Uczestnicy Zjazdu dali wyraz głębokiemu przywiązaniu do szkoły, do tych, którzy kształcili ich umysły, charaktery i postawę obywatelską. (…) W Zjeździe uczestniczyli wybitni absolwenci: wyżej wspomniany prof. Bogusław Imbs, minister przemysłu lekkiego – Tadeusz Kunicki, wiceminister przemysłu maszynowego – Nikodem Szcześniak, wiceminister sprawiedliwości –  Zdzisław Jędrzejczak, prezes WZGS w Olsztynie – Feliks Lewandowski, ekspert Ministerstwa handlu Zagranicznego –
Marian Nitecki, wicewojewoda płocki – Marian Radzimierski oraz pułkownicy: Zdzisław Wilczyński, Bolesław Rączkiewicz, Bernard Banaszak, komandor por. marynarki Tadeusz Wróbel i wielu, wielu innych.

Przy szkole w 1976 r. zorganizowano Ośrodek Doskonalenia Kadr Kierowniczych CZRS. Uczestnicy szkoleń mają wydzielone do nauki i zakwaterowania jedno skrzydło internatu (dawny stary internat). Zajęcia odbywają się w odpowiednio przystosowanych salach. Wykładowcami w Ośrodku są specjaliści – pracownicy CZRS w Warszawie oraz profesorowie naszej szkoły.

Dyrektorem Zespołu Szkół Zawodowych CZRS „SCh” w Kutnie od września 1978 r. jest Henryk Kierszka.

 

Zespoł Szkół Zawodowych CZRS „SCh” w Kutnie prowadzi obecnie następujące szkoły młodzieżowe:

  1. 1.      4-letnie Liceum Ekonomiczne
  2. 2.      4-letnie Liceum Zawodowe
  3. 3.      Zasadniczą Szkołę Handlową

Ponadto Wydział Zaoczny:

  1. 1.      Liceum Ekonomiczne
  2. 2.      Policealne Studium zawodowe

 

Szkołę w 50-leciu opuściła następująca ilość absolwentów:

  1. 1.      Liceum Ekonomiczne  – świadectwo dojrzałości – 1877
  2. 2.      Liceum Ekonomiczne – świadectwo ukończenia – 450
  3. 3.      Liceum Zawodowe –  świadectwo dojrzałości – 75
  4. 4.      Liceum Zawodowe –  świadectwo ukończenia – 128

 

Wydział Zaoczny

  1. 5.      Liceum Ekonomiczne –  świadectwo dojrzałości – 1456
  2. 6.      Policealne Studium Zawodowe  – 479
  3. 7.      Zasadnicza Szkoła Zawodowa  – 288

Razem szkołę opuściło 4753  absolwentów.

 

Czesław Falborski

Dyrektor szkoły

 

WSPOMNIENIA    ABSOLWENTÓW

 

Aurelia Tomaszewska- Gadzinowska i Henryk Batorowski  (absolwenci Koedukacyjnej Szkoły Handlowej w Kutnie z 1936 r.)

 

Było to w latach 1932 – 1939

Z wielkim entuzjazmem przyjęła młodzież powiatu kutnowskiego wiadomość o otwarciu w Kutnie nowej szkoły średniej. Kutno bowiem posiadało jedną szkołę średnią – Gimnazjum im. Henryka Dąbrowskiego.

Nowa szkoła powstała w 1932 r. nosiła nazwę Prywatna 4-klasowa Koedukacyjna Szkoła Handlowa Centralnego Związku Detalicznego Kupiectwa Rzeczpospolitej Oddział w Kutnie i mieściła się w domu prywatnym braci Wyganowskich przy ul. Bema 8. W pierwszym etapie zgłosiło się do szkoły około 120 uczniów. Po pierwszym okresie dokonano selekcji uczniów, w wyniku czego z uczniów, którzy mieli trudności z przyswojeniem przewidzianego programu powstała klasa zerowa, która liczyła około 60 osób.

W początkowym okresie Rada Pedagogiczna składała się z:

Dyrektor szkoły – Henryk Miksa, absolwent Wyższej Szkoły Handlowej w Warszawie;

Profesorowie: Henryk Cywiński, Franciszek Miksa, Janina Miksowa, Jan Anders, Stanisława Dąbrowicz – Bryniczkowa, Jan Bryniczka, Kazimierz Belcikowski;

Ksiądz – Eugeniusz Targoński.

W następnym roku – 1933 – szkoła została przeniesiona do prywatnego domu A. Zdziubanego przy ul. Lelewela 8, gdzie znalazła lepsze warunki lokalowe. Przeciętna ilość  uczniów  w klasach wynosiła około 30. Zajęcia lekcyjne odbywały się od godz. 8.00 do 14.00, z wyjątkiem pisania na maszynie, które odbywało się w godzinach popołudniowych. Ponieważ szkoła nie posiadała sali gimnastycznej, lekcje te odbywały się w Gimnazjum H. Dąbrowskiego.

W związku z rozszerzającym się programem nauczania powiększyła się także Rada Pedagogiczna o profesorów: Władysława Nowaczka, Helenę Franiankę, Antoniego Puchnowskiego, Marię Cywińską, Tadeusza Ostrowskiego, Feliksa Wojnakowskiego, dr. Józefa Kusia.

Na terenie szkoły działały następujące organizacje:

  1. Spółdzielnia Uczniowska
  2. ZHP
  3. PW
  4. Zespoły sportowe – koszykówka, tenis stołowy, siatkówka, lekkoatletyka

Spółdzielnia Uczniowska, której opiekunami byli profesor Marian Nowaczek i Aleksander Puchnowski, pracowała bardzo owocnie, zaopatrując uczniów w podstawowe pomoce naukowe. W okresie zimowym zorganizowano śniadania w postaci bułek i gorącego mleka. Sportowcy mogli nabywać piłeczki do tenisa stołowego, rakietki itp. Za osiągane zyski nabywano pomoce naukowe dla szkoły. Do działaczy spółdzielni należeli: M. Fladziński, St. Tomczak, H. Batarowski, A. Tomaszewska, M. Nitecki.

Wśród sportowców wyróżniali się: Maria Petrynowska, Zofia Studzińska, Stanisława Kamińska, Aurelia Tomaszewska, Halina Józefiak, Edward Bielicki,  Zbigniew Kałużny, Kazimierz Lamczak, Z. Płocharski, Witold Szpakowski, Tadeusz Król i inni. Często odbywały się zawody między naszą szkołą  a zaprzyjaźnionym Gimnazjum H. Dąbrowskiego.

Wszystkie organizacje pracowały prężnie i miały znaczne osiągnięcia. Nieobcy był w szeregach uczniów ruch komunistyczny, którego przywódcami byli K. Angersztein  i W. Mitrus, za co, po ujawnieniu, zostali obaj usunięci ze szkoły.

Szkoła posiadała własną małą scenę, na której organizowano różne imprezy z okazji świąt państwowych, Dnia Spółdzielczości i uroczystości szkolnych. W uroczystościach tych zawsze brał czynny udział chór szkolny mieszany, który na terenie Kutna był jednym z najlepszych chórów szkolnych. Chór ten prowadzony był przez prof. Franciszka Miksę. Natomiast deklamacje oraz scenki rodzajowe przygotowywała prof. M. Cywińska.

Warto nadmienić, że z pierwszych uczniów dobrnęło do klasy IV – 22, z czego świadectwa ukończenia otrzymało w roku 1936 – 19 osób. W bieżącym roku prof. Franciszek Miksa przekazał szkole tableau pierwszych maturzystów, które pan profesor nabył od rodziny nieżyjącej absolwentki – Sabiny Lewandowskiej. Tableau znajdzie swoje miejsce w Izbie Pamięci Szkoły.

W przyjemny i beztroski okres życia wtargnęła ze swym okrucieństwem II wojna światowa. Działalność szkoły została przerwana. W wojnie tej brali udział następujący profesorowie i koledzy: dyrektor szkoły – H. Miksa, profesorowie – Aleksander Puchnowski, Marian Nowaczek, Jan Bryniczka, koledzy – Klemens Miler (Miller),  Roman Flejszman,  Longin Palczewski,  Marcin (Marian) Fladziński,  Stanisław Tomczak, Tadeusz Tomczak, Antoni Kędzierski, Mieczysław Osiński, Tadeusz Król, Zbigniew Kałużny, T. Sobczyk, Stanisław Marciniak i inni.

Z wyżej wymienionych polegli: Roman Flejszman,  Longin Palczewski,  Stanisław Tomczak oraz prof. Bryniczkia w Bitwie nad Bzurą. Dyrektor  szkoły – H. Miksa brał udział w obronie Warszawy – zmarł w obozie:  Oflag – Woldenberg.

Za działalność podziemną w okresie okupacji w obozach i więzieniach znaleźli się koledzy: E. Bielicki, K. Mańkowski, St. Markowski został zastrzelony przez gestapo w Kłodawie, a E. Kołaczyński w Sokołowie Podlaskim.

Absolwenci szkoły zajmowali i zajmują wysokie stanowiska w organizacjach politycznych, administracji państwowej oraz urzędach, a wśród nich: Wacław Mitrus i W. Suliński, Witold Szpakowski i Marian Nitecki.

 

 

Mieczysław Osiński – podporucznik i Stanisław Marciniak – podporucznik (absolwenci z 1938 r.)

Kiedy przyjdą podpalić dom,

– ten, w którym mieszkasz – Polskę

 

            Absolwenci z 1938 r. po otrzymaniu świadectw dojrzałości w dniu 21 czerwca zostali wezwani do stawienia się przed Komisją Poborową w Kutnie. Byli to: Wiktor Błaszczyk, Tadeusz Król, Władysław Kisielewski, Antoni Kędzierski, Stanisław Marciniak, Franciszek Mackiewicz, Mieczysław Osiński, Bolesław Patelak, Longin Palczewski, Tadeusz Sobczyk, Bogdan Stasiniewski, Wacław Suliński.

Na podstawie paragrafu 15 Rozporządzenia Ministrów Opieki Społecznej i Komunikacji w sprawie odbywania w roku 1938 służby pracy, na podstawie art. 79 ustawy z dnia 9 kwietnia 1938 r. o powszechnym obowiązku wojskowym wszyscy poborowi z cenzusem przed odbyciem służby wojskowej skierowani zostali do służby pracy.

Junackie Hufce Pracy były zorganizowane w Pyzdrach koło Wrześni nad Wartą. IV Batalion Pracy – to miejsce odbywania ich powinności. Służba pracy odbyta przez nas została  w czasie od 19 sierpnia 1938 do 15 września 1938. Wykonywaliśmy  tam nasypy – wał ochronny nad wartą. W dniu 30 września 1938 r. nastąpiło wcielenie do wojska – Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy przy 18 p.p. w Skierniewicach.

W dniu 23 marca 1939 r. wcześniejsi poborowi brali czynny udział w czasie częściowej mobilizacji – jako grupa mobilizacyjna przy poborze koni, wozów itp. W dn. 30 czerwca 1939 r. wszyscy zostali przemieszczeni do 37 pułku piechoty, który w tym czasie był w okolicach Wągrowca i Żnina jako uzupełnienie kadry wojskowej. Przyszli podchorążowie zostali przydzieleni do poszczególnych kompanii jako zastępcy dowódców drużyn i zastępcy dowódców plutonów. Do południa odbywały się zajęcia szkoleniowo – bojowe, po południu przeznaczono czas na szkolenie teoretyczne. Dywizja 26 stacjonująca w okolicach Wągrowca i Żnina dowodzona była przez pułk. Dypl. Brzechwę – Ajdukiewicza, zaś dowódcą pułku 37 był podpułkownik Kurcz. W czasie zgrupowania wszyscy po egzaminie zostali mianowani podchorążymi. W końcu sierpnia 1939 r. przeniesiono nas do 144 pułku piechoty Kutno, który tam został sformowany. Część podchorążych pozostała do dyspozycji komendanta garnizonu Kutno.

Pułk został rozbity i wojna rozrzuciła wszystkich nas w inne strony. Niektórzy brali udział w obronie Warszawy, inni w walkach w okolicach Mińska Mazowieckiego, Kałuszyna i Tomaszowa Lubelskiego. W czasie walk pod Tomaszowem Lubelskim poległ Longin Palczewski – po wojnie jego zwłoki zostały sprowadzone do Kutna i spoczywają na miejscowym cmentarzu. Pozostali dostali się do niewoli niemieckiej – niektórym udało się zbiec jeszcze 1 1939 r. Inni przebywali w obozach dla jeńców wojennych do końca wojny.

Inna grupa podchorążych – jak Marcin Fladziński i Roman Flejszman – brała udział w 74 pułku piechoty w Lublińcu. Plutonowy podchorąży Flejszman poległ na polu bitwy. Absolwent szkoły Zbigniew Kałużny brał udział jako lotnik w bitwie o Anglię.

Do wojska zostali powołani również profesorowie:

  1. Henryk Miksa – dyrektor szkoły, porucznik artylerii – Skierniewice
  2. p. Nowaczyk – profesor, podporucznik 144 pułku piechoty – Kutno
  3. Miłosz Połomski – profesor, podporucznik 144 pułku piechoty – Kutno
  4. Jan Bryniczka – profesor, podporucznik 37 pułku piechoty – Kutno

W obozie został zamordowany ks. Targoński.

Nad Bzurą zginął profesor Jan Bryniczka.

 

 

 

 

Mgr Tadeusz Stawowski – prawnik (absolwent Liceum Administracyjnego z 1949 r.)

Nim zostałem gimnazjalistą

Czas – nieubłagany czas, biegnie miarowo, rytmicznie, chwila po chwili, precyzyjnie, w utartym porządku, jak gwiazdozbiór we wszechświecie. Nie zatrzymuje się nigdy: ani w czasach grozy, ani w rozkoszy szale. Płynie jak wody w rzekach, wciąż naprzód i naprzód, nie bacząc na świata tego sprawy. Tylko myśli nasze, chociaż strzelają we wszystkich jego kierunkach – można przywołać, zatrzymać, stanąć z nimi sam na sam, skierować je w przemiłą, młodzieńczą przeszłość. Kochane wspomnienia – ileż przywodzą westchnień, wzruszeń, zadumy o wszystkim, co miłe, co przykre, co dawne.  Są jednak sceny tragedii, rozpaczy, lęku, bólu – ich odsunąć, zatrzeć w pamięci – nie da się. Jak migawki z koszmarnego snu przylgnęły do naszych życiorysów. Z tej mieszaniny przeszłych uczuć chcę, choć fragmenty, przybliżyć, przywołać w naszej pamięci.

Kutno – miasto mojego dzieciństwa, młodości, mojego wczoraj i dziś. Nieznane szerzej z pieśni ani poezji, niemalowane ani rzeźbione, ale bohaterstwem polskiego żołnierza z kutnowskiego 37 Pułku Piechoty od Wągrowca, Modlina do Warszawy, nad Wartą, Bzurą i Wisłą – znaczone. Trudem rąk i umysłów na nowo powstałe. Nie lśni, nie błyszczy, ale rośnie wzdłuż i wszerz, i jest naszym kochanym miastem. O nim to ongiś na swojską, skoczną nutę ułożono:

Kutno znad sinej Ochni fal,

Kutno – w nim często koncert, bal.

Kutno, kochane Kutno,

To jedna z twierdz młodzieńczych serc.

 

Wenecja ma gondolę

Warszawa słynie z ciast.

Zgadnijcie, które wolę

Z tych najpiękniejszych miast

 

To Kutno znad sinej Ochni fal…

 

Zapomnianą melodię, zapomniane słowa – wam przywodzę od nowa. Niech zbudzi się drwal, bo mojej przeszłości tak bardzo mi żal. Skąd te rymy cisną się? Nie wiem. Chyba rozkosz wspomnień tłoczy to, czego nie ujrzą współczesne oczy.

Ulice – Królewska, Starowarszawska, Podrzeczna, Senatorska z żydowską Bożnicą, plac Marszałka Józefa Piłsudskiego z Ratuszem, Stary Rynek nazwany Placem Pierackiego w pobliżu kościoła św. Wawrzyńca – to główne handlowo – rzemieślnicze centrum miasta. Czegóż  tu nie było! Sklepy, sklepiki, stragany, ławy, stoiska pełne łakoci, słodyczy, towarów zwanych kolonialnymi i czego „dusza zapragnęła”. W innych miejscach wyroby rzeźnicze, cukiernicze najprzedniejszej jakości – aż ślinka ciekła. Nie dla wszystkich jednak te cudeńka, te smakołyki. Mała czekoladka za pięć groszy, podobnie jak bułeczka kajzerka czy maślana, to już niemal luksus, tylko dla niektórych dzieci.  Ojcowie, w zasadzie jedyni żywiciele rodzin, nazbyt cenili każdą złotówkę, bo stabilna jej wartość dawała gwarancję egzystencji, a nawet dorobku tym, którzy posiadali stałe zatrudnienie z wynagrodzeniem w granicach 150 – 180 złotych miesięcznie. Spore rzesze bezrobotnych wyczekiwały chociażby na dorywczą pracę lub zapomogę. Ich obdarte, bose, zasmarkane dzieci cieszyły się z kromki razowego chleba, a czasem z lizaka za jeden grosz.

Tę centralną dzielnicę miasta w większości zamieszkiwały wielodzietne rodziny żydowskich kupców, krawców, czapników, szewców i im podobnych, z reguły ludność biedna, skąpa, ale pracowita i zaradna. Zaniedbane kamieniczki czynszowe z oficynami, suterenami, poddaszami zagęszczone były wyjątkowo – po 4-6 osób na jedną izbę. Obok dorosłych – dzieci sypiały „w nogach” po dwoje – troje w jednym łóżku lub na posłaniu na podłodze. Ciasne, ciemne, bez nasłonecznienia, oparkanione podwórka z licznymi szopami, komórkami, „wychodkami” i śmietnikami były siedliskiem brudu, smrodu, a zarazem miejscem zabaw dzieci. Brak wodociągów i kanalizacji potęgował zanieczyszczenia, a wszelkie nieczystości spływały kanalikami po bruku do ulicznych rynsztoków. Tylko intensywne opady zmywały dokładnie końskie łajno licznie wyczekujących na kurs dorożkarzy i furmanów. Mimo to wody rzeki Ochni biologicznie żywe gromadziły nie byle jakie ryby, głównie z dopływu Głogowianki, a także pijawki, kijanki i żaby. Były też kąpieliskiem dla dzieci i młodzieży, a w czasie przyborów szeroko zalewały pół miasta.

Dzielnice dorobkiewiczów, kolejarzy, pocztowców, urzędników magistrackich czy skarbowych lokowały się z daleka od centrum. Wilcza, Inwalidzka, Łąkoszyn, Piaski, Łęczycka, Krośniewicka – to już przeważnie domki jednorodzinne z placykami, ogródkami, kwieciem i grządkami zdobione. Były i pałace: Holzmanów, Goldsteinów, Zeidlerów, Zawadzkich i pomniejszych bogaczy – zadbane, czyste, niedostępne. (…) Przepych życia mieszał się z biedą. Zróżnicowania te odnosiły się zarówno do rodzin polskich, jak i żydowskich. Ci ostatni w swojej większości pielęgnowali własne tradycje, obyczaje, język, religię, a nawet zewnętrzny strój i wygląd. Czarne chałaty, kitle, habity, na Glowach mycki lub krymki, charakterystyczne pejsy i brody wyróżniały ich i wyodrębniały wszędzie.

Ten różnobarwny obraz naszego miasta mąciła już gebelsowska propaganda: albo przez swoich agentów, często niemieckich kolonistów, albo przez wrocławską rozgłośnię „Radio Breslau – mówi do Polaków”. Co niektórzy pojmowali zapowiedź przyszłej wojny, ale my – nastoletnie dzieci spędzaliśmy ostanie dni przedwojennych wakacji radośnie, wesoło, beztrosko. Aż nagle – wczesnym rankiem 1 września 1939 r. przebudziły nas niesamowite huki, detonacje. To na pociąg osobowy relacji Łódź – Kutno w pobliżu Nowej Wsi samoloty hitlerowskiej Luftwaffe zrzuciły pierwsze bomby. Wielu zabitych i rannych przewożono podwodami konnymi ulicą Łęczycką do szpitala i kostnicy w Kutnie. Wśród moich rówieśników krążyły opowieści, że samoloty te przechowywał w stodole niemiecki kolonista z Nowej Wsi. Nie pojmowaliśmy, że samoloty niemieckie mogły od granicy państwa polskiego tak szybko i bezkarnie dotrzeć do naszego Kutna. Potem okazało się, że naloty na bezbronne miasta i wioski stały się przez wiele dni stałym dziełem barbarzyńskiego najeźdźcy. W następnych dniach bombardowano obiekty przemysłowe, kolejowe, a także zwykłe budynki mieszkalne. Długo płonęła Rektyfikacja, a spirytus z rozbitych zbiorników płynął rzeczką Kieretynką wzdłuż ulicy Mickiewicza (…). Waliły się i paliły domy mieszkalne, tytoniownia, młyn, wagony i magazyny kolejowe przed przejazdem łąkoszyńskim z ul. Sienkiewicza do Pałacowej. Któregoś dnia stłoczeni na dworcu PKP polscy uciekinierzy z województw zachodnich spotkali się z prawdziwym piekłem. Intensywne, zmasowane bombardowanie wywołało rozpacz i tragedię tych, co przetrwali. Strzępy ludzkich ciał walały się nie tylko po bruku, ale zwisały z gałęzi pobliskich drzew. Przeraźliwe krzyki, piski, poszukiwanie swoich najbliższych: dzieci , matek zagłuszane były warkotem całych eskadr ciężkich bombowców i nieustannymi hukami. Drżały oklejone papierowymi pasami okienne szyby, a nawet ściany murowanych domów trzęsły się jak tekturowe.

Jeszcze w tych początkowych dniach  grozy wierzyliśmy w siłę polskiego oręża. Rzadkie wprawdzie, ale skuteczne walki powietrzne polskich myśliwców upewniały nas w tym, a prowadzeni od Łęczycy przez Leszczynek, Dudki do Kutna wzięci do niewoli niemieccy jeńcy – uspokajali zupełnie. Przekonani byliśmy, ze lada dzień wyprzemy i uspokoimy agresora. Pani Tezller – ślązaczka z pochodzenia – w rozmowie tłumaczyła nam, że Niemcy też dowodzą, że Hitler zaraz tu po nich przyjdzie. Ten ich tupet, pewność siebie okazały się później prawdziwą butą barbarzyńskiej faszystowskiej ideologii.

Upływały kolejne dni wojennej zawieruchy. Przyzwyczajaliśmy się do przeraźliwych warkotów i buszowania po polskim niebie hitlerowskich samolotów. Życie zmuszało do poszukiwania pożywienia. Po chleb chodziliśmy – mimo nalotów – do piekarń panów Jaworskiego, Mielczarskiego czy Tuzina. Trasy były zatłoczone uciekinierami pieszymi, różnymi wozami z tobołkami, walizami, najczęściej głodnymi, spragnionymi, a nade wszystko przerażonymi niepomyślnym rozwojem wojennej sytuacji. Życie w mieście stawało się coraz trudniejsze. Uciekliśmy z rodziną do babci pod Głogowiec. Tam też natłok, przygnębienie i przerażenie. (…)

Szybko zorganizował się i rozpanoszył hitlerowski aparat przemocy. Powiat kutnowski (…) włączono do Rzeszy jako Wartheland, a dalej utworzono Generalną Gubernie zwaną protektoratem. W budynku Gimnazjum Dąbrowskiego umieszczono Landratsamt, przy Starym Rynku Arbeitsamt, Gestapo przy rogu Staszica i Długosza. Żandarmerię przy ul. 29 Listopada, a w gmachu obecnego Urzędu Miasta miała siedzibę nazistowska partia NSDAP. Był też Deutsches Haus w piętrowej kamienicy pana pierzchały. Wszędzie flagi czerwone ze swastykami, portrety Hitlera, niemieckie nazwy. Przez zainstalowane megafony bez przerwy głośna, hałaśliwa muzyka, marsze wojskowe, przemówienia i pieśni. Okazalsze sklepy i lokale „nur fur Deutsche”.

Już w pierwszych dniach 1940 r. przystąpiono do masowych wysiedleń ludności polskiej tak z miasta, jak i wiosek. (…) słowa „raus”, „weck”, „schnell”, „schweine Polen, Juden” – poznaliśmy bez specjalnej nauki. W lutym 1940 r. wszystkich obywateli pochodzenia i narodowości żydowskiej (…) umieszczono w Getcie  – w ruinach i starych budynkach dawnej, nieczynnej, cukrowni „Konstancja” przy ul. Mickiewicz. Na powierzchni ogrodzonego drutami kolczastymi kilkuhektarowego placu stłoczono co najmniej 7 tysięcy Żydów kutnowskich, a potem jeszcze przestrzeń tę zagęszczono transportami z Żychlina i okolic. (…) Kobiety, starcy, dzieci, niemowlęta, wszyscy brudni, zawszeni, stłoczeni – zapadali na dur brzuszny, tyfus, gruźlicę i z wycieńczenia dosłownie padali jak przysłowiowe muchy. Żebranie przez druty o kawałek chleba albo praktycznie było niemożliwe, albo kończyło się zastrzeleniem przez gęsto rozstawione niemieckie straże, dla których Juden czy Polen nie byli ludźmi. Oznakowani dla pogardy na plecach i piersiach dużymi żółtymi sześcioramiennymi gwiazdami „Dawida” (…). Wolno im było poruszać się tylko po jezdni, wejście na trotuar było występkiem. (…) kilka razy dziennie furgon do przewozu pieczywa, pomazany czarną farbą i tak zamieniony na karawan – wyschłe, wycieńczone szkielety ludzkie wywoził na „Kierchol”. Bez konduktu, bez płaczek, bez asysty rodziny – wychudła szkapa ledwie ciągnęła ten żałosny powóz śmierci (…) w ten sposób pustoszało smętne getto, a ci, co śmierci naturalnej nie doczekali w czerwcu 1942 r. „hurtowo” życie skończyć musieli, bo władcy życia i śmierci getto zlikwidowali i „resztki” „na zawsze” wywieźli do Chełmna koło Koła.

Jako mały chłopiec i te widoki przetrwać musiałem. Nie były więc straszne uliczne łapanki jak dzikiej zwierzyny 14 – 17letnich polskich dziewcząt i chłopców, aby wywieźć  ich wagonami towarowymi na roboty do Niemiec. (…) Kto z Polaków usiłował uchylać się od pracy lub od rejestracji w Arbeitzamt-cie traktowany był jako przestępca i wędrował do obozów koncentracyjnych lub obozów pracy.

Każda pro – polska działalność (…) zagrożona była karą śmierci. (…) Dla odstraszenia (…) wykonano publicznie okropną egzekucję na placu obok kościoła. Spędzono wokół obecnego Placu Wolności chyba wszystkich mieszkańców i na naszych oczach, w biały dzień, 9 czerwca 1941 r. powieszono trzech kutnowskich kolejarzy: Piotra Sanda, Kaliksta Perkowskiego i Wilhelma Czarneckiego. Długo kołysały się na pętlach ciała okrutnie zamordowanych Polaków. „Panowie” w zielono- niebieskich mundurach, w białych rękawiczkach, z napisem na klamrach pasów: „Got mit uns”, dumni ze swego „dzieła”, jak na defiladzie, kroczyli obok swoich ofiar.

To straszne dręczenie nas, Polaków, dziesięciogodzinna ciężka praca, częste nocne wachty, łapanki, wywózki, okopy – polskości nam nie wydarły. (…) wczesnym rankiem 19 stycznia 1945 witaliśmy pierwsze czołgi armii czerwonej. Ogarnęła nas nieopisana radość, wzruszenie, łzy szczęścia. (…) szliśmy torami, przez pola, lasy… do naszego miasta, aby dzielić radość wolności z najbliższymi.

Zastaliśmy miasto zatłoczone, niecodzienny w nim ruch. Zaczęły się powroty do swoich domostw. Znów tobołki, pakunki, walizy dźwigane na plecach, transportowane wózkami, rowerami, taczkami wracały na „swoje śmieci”. (…)

Ten przebyty uniwersytet życia był dostatecznym przyczynkiem do poważnego traktowania nauki. Nie było czasu na młodzieńczą radość czy rozrywki. Przytłoczeni ciężarem doznań, zróżnicowani wiekiem, mieliśmy wiele braków z literatury, historii, a nawet języka polskiego. (…)

Pierwszy dyrektor Gimnazjum i Liceum – Jan Jaczynowski, uczestnik powstania warszawskiego, wielki patriota – z pasją, patosem wstrząsał nasze sumienia. (…) nauczał w zasadzie geografii i języka rosyjskiego, jednak na marginesie tematu przytaczał przykłady bohaterskich scen z literatury polskiej (…). Chwała Ci Dyrektorze za wszystko i za to, że w rocznicę śmierci nieznanej nam bohaterskiej Twojej córki – chór szkolny pod kierunkiem Franciszka Miksy – wykonał najpiękniej, wszystkimi tonami, sopranem i altem, tenorem i basem – najcudniejszy, choć żałosny, ale dostojny Chopinowski „Marsz żałobny”, które teraz Tobie serca nasze śpiewają

Krótko z nami bywał polonista Feliks Kaczyński. Jego wykłady to poezja przedmiotu i artyzm sztuki nauczania. Z zapartym tchem słuchaliśmy tematów z jednej z najpiękniejszych kart naszej literatury – okresu romantyzmu, zaczerpniętych z wieszcza narodu polskiego – Adama Mickiewicza: Liwo! Ojczyzno moja! …

(…) w następnych latach kontynuowały nauczanie języka polskiego prof. Stefania Tomaszewska i w liceum prof. Ewa Gruza. Pani magister Ewa, wnikliwa, dokładna, nie pozwalała zbyć się przytaczaniem skróconych myśli, zaczerpniętych z opracowań „brykowych” lub fragmentami zadanej literatury, czy zdawkową odpowiedzią. Grzecznie, ale stanowczo zmuszała do czytania po nocach nawet co najleniwszych. Nie sposób dziś, po tylu latach, kiedy myśli się kłębią i mącą, wspominać wszystkich naszych wspaniałych wykładowców. Niektórzy jednak wdarli się w naszą pamięć szczególnie. Powolny, mrukliwy, systematyczny, ze swoistą cierpliwością i konsekwencją „wbijał” nam w głowy arytmetykę, księgowość, przedmioty ścisłe handlowe „Kochany robaczek” – prof. Murach. Miał lekarstwo na niesubordynowanych czy nieuważnych: „Napiszesz kochasiu 100 razy w zeszycie, że na lekcjach nie wolno ziewać, bo dawniej ładniej ziewałeś, a teraz jak koń na pastwisku i śpiesz się, bo w Pińczowie już dnieje.” Z serca i wdzięczności te strofy przypominam, bo w późniejszym życiu i nauce nie wstydziłem się za wiadomości zdobyte w moim liceum.

Wychowawcą naszym od pierwszej klasy gimnazjum aż do ukończenia liceum był najmłodszy pedagog – prof. Czesław Falborski, autentyczny nasz opiekun i przyjaciel. (…) elegancki, dostojny prof. Miłosz Połomski, przemiła, zawsze uśmiechnięta prof. Helena Tomaszewska – nasza „Hara” – to wielce znaczący w historii Gimnazjum i Liceum nasi wśród wielu – nauczyciele, wychowawcy. Im wszystkim, po upływie co najmniej 35 lat, składam w imieniu kochanych, niezapomnianych, najmilszych koleżanek: Sabinki, Zdzisi, Hanki, Kryś, Danuś i innych, kolegów: Staszka, Zdziśka, Włodka, Tadka i swoim – wyrazy najserdeczniejszego szacunku. Sobie też składamy nawzajem wdzięczność wspomnień z tych pięknych, skromnie przebytych lat. Nasze sztubackie, aksamitno granatowe ze złotym sznurem czapki, przed studniówką haftowane na szczęście i nieszczęście podkówką z trzynastką – chylimy w myśli w pokłonie przed Tobą – Nasza Szkoło.

Każdy udział w pochodzie ze sztandarem szkoły, w równych czwórkach, w takt marszu, w skromnych ciemnych okryciach – znaczyliśmy dumą i honorem, pieśnią i okrzykiem, kwiatem i uśmiechem na chwałę naszej Szkole i polskiej młodzieży.

Był też w naszej handlówce niezapomniany bal. Sala rekreacyjna i pomieszczenie przyległych klas na drugim piętrze udekorowane imitacją kwiatów jabłoni, czerwonymi makami, zdobione srebrnymi prętami altanek, różnokolorowymi serpentynami i balonami tworzyły bajeczną atmosferę. Orkiestra spokojnie, dostojnie grała walce, tanga, polonezy, fokstroty i czasami skoczne polki czy mazurki, a cała sala w majestacie tańczyła i śpiewała. Był to bal z kotylionami, z wodzirejem i wyborem królowej balu. Panie ubrane skromnie, ale elegancko w długie suknie, dziewczęta w białe bluzeczki, granatowe spódniczki demonstrowały swoje piękno, urodę, wdzięk i subtelność. Panowie w przyzwoitych w większości ciemnych garniturach i jasnych koszulach z kokardką, muszką lub krawatem – dorównywali szamańskością swoim tanecznym partnerkom. (…)

Wzruszają tamte sceny, zachowania i styl bycia. Po latach przywodzą przykre odczucia – czy dziś młodzież polska musi być zdecydowanie inna? Może niektóre dawne przykłady godne są naśladowania – rozważcie to!

 

 

Maria Wojtaczak  (kierownik administracyjno – gospodarczy w ZSZ CZRS „SCh” w Kutnie)  

„A kiedy powstał nasz „pałac nauki”…

Jestem absolwentką Technikum Ekonomicznego CRS z 1961 roku. Dwie trzecie mojego życia związane jest ze szkołą, ponieważ zaraz po maturze  podjęłam tu pracę i pracuję do dnia dzisiejszego.

23 lata to szmat czasu, dlatego nie bez powodu łączę swoje życie z życiem szkoły. W chwilach refleksji wracam pamięcią do minionych lat, do lat nauki, do życia szkoły, jej obyczajów i tradycji. Dopiero teraz, z perspektywy lat zdaję sobie sprawę z warunków, w jakich uczyliśmy się i pracowaliśmy. Brak urządzeń wodno – kanalizacyjnych, wody, ubikacji, szatni, ciasnota i nauka na dwie zmiany – oto charakterystyka szkoły przy ul. Lelewela 8. Mimo tak złych warunków, szkoła tętniła życiem. Młodzież, jak to młodzież, pełna pomysłów, inicjatywy, rozśpiewana i oddana szkole. Tak wspominam lata szkolne.

W lata  pracy wprowadził mnie były dyrektor szkoły – Franciszek Miksa. Rozpoczęłam inne życie, życie na własny rachunek, lecz nierozerwalnie związane ze szkołą. Mimo złych warunków lokalowych, żyliśmy wszyscy jak w jednej rodzinie. Serdeczność, zrozumienie, zaufanie, przyjaźń – to domena tego okresu.

Wiadomość o budowie nowej szkoły przyjęliśmy z wielkim entuzjazmem. Oczekiwaliśmy tej chwili, kiedy coś zacznie dziać się na placu budowy, żeby utwierdzić wszystkich o prawdziwości tej decyzji. I stało się. Ruszyły prace budowlane, a wraz z nimi zaczęły narastać problemy, które nieraz było bardzo trudno rozwiązać. Dyrektor Czesław Falborski dwoił się i troił, by podołać wszystkim trudnościom. Jeździł, chodził, prosił, nieraz bezskutecznie, a nieraz z wielkim powodzeniem. Wszyscy z tego tytułu mieliśmy dużo pracy, ale pocieszeniem w takich chwilach była rosnąca szkoła i perspektywa innej pracy, w innych warunkach. Obiekt szkolny budowano 3 lata.

W 1971 roku szkołę oddano do użytku.  Już w wakacje przystąpiliśmy do przeprowadzki biur, ponieważ była to najbardziej odpowiedzialna, uciążliwa praca ze względu na zabezpieczenie dokumentów. Do przeprowadzki używaliśmy różnych sposobów, czasem był wóz konny pana Gala, czasem ręczny wózek, a nieraz ręce. Pomagali wszyscy. Najwięcej pracy włożyły: pani Grzybowa i pani Jaroszewska, które w każdej chwili służyły pomocą. Pod koniec wakacji do pracy zgłosili się wszyscy nauczyciele i  pracownicy, jak również młodzież. Ławki i sprzęty nosili wszyscy – bez wyjątku, wszyscy też sprzątali i urządzali swoje pomieszczenia od rana do wieczora.

Początek roku szkolnego 1971/1972 zastał nas już w pięknej, nowej  szkole. Nowoczesne klasopracownie, piękne widne halle, świetlica, sala gimnastyczna, urządzenia wodno-kanalizacyjne, centralne ogrzewanie – to obraz nowego budynku szkoły.

Serce rośnie, gdy patrzy się na młodzież, która może uczyć się w tak luksusowych warunkach.

Należy również wspomnieć o pomieszczeniach administracyjnych, które w pełni zaspokajają nasze potrzeby, są bowiem przestronne, widne i wygodne. Przyjemnie jest pracować w takich warunkach.

Od 1979 r. dyrektorem szkoły jest mgr Henryk Kierszka, który bardzo dużą uwagę przywiązuje do wzbogacania klasopracowni i pracowni przedmiotowych w sprzęt i pomoce naukowe. Dlatego też szkoła pięknieje, a jej wyposażenie wzbogaca się coraz bardziej.

Nie będzie w tym przesady, jeśli stwierdzę, że nasz Zespół Szkół jest  najładniejszą szkołą w całym  mieście, a może  nawet w województwie płockim.

 

Olimpia Dymna  (słuchaczka Wydziału Zaocznego – Liceum Ekonomicznego      z 1964/1965 r.)

Moje wspomnienia

Wydarzenia z perspektywy dwudziestu lat bywają niejednokrotnie przymglone i tak odległe, że wobec własnych przeżyć człowiek miewa wątpliwości – czy to jawa czy to sen. Bywa i tak, że wspomnienia z przeszłości stają się wyraziste, jakby tworzyły teraźniejszość. Niezaprzeczalny jest fakt, że to, co minęło, nie wróci więcej . . .

Do wspomnień należą i moje pierwsze przeżycia w gronie rodziny, zwanej spółdzielczością samopomocowa. Mając  lat 16, podjęłam pracę w GS „Samopomoc Chłopska” w Daszynie. Był rok 1953. Pracuję tu do obecnej chwili, bo nie wyobrażam sobie, bym mogła pracować gdzie indziej. Miła atmosfera opiekuńczy stosunek współpracowników w pierwszych dniach i miesiącach mojej pracy, pozwoliły, bym mogła zaklimatyzować się w tym gronie i polubić swoją pracę. Tam właśnie mogłam zapomnieć przykre dla mnie chwile, które męczyły mnie prawie codziennie. Jako młoda dziewczynka po skończeniu szkoły podstawowej nie miałam warunków, by pójść do szkoły ponadpodstawowej, chociaż bardzo chciałam. W domu chorzy rodzice, brat w wojsku, a ja jeszcze jako dziecko idę do pracy, by zarobić na utrzymanie rodziców. Przykro mi było, kiedy widziałam swoje koleżanki wracające ze szkoły roześmiane, wesołe z teczkami w ręku. Ja natomiast, zmęczona, z zakupami, wracałam z pracy. Godziłam się z tym, co było. Zarabiałam niewiele. Niedługo musiałam czekać. Nadeszła dla mnie radosna chwila. Doczekałam się pierwszego awansu.

Powierzono mi stanowisko planisty detalu. Zarabiałam już więcej. Po roku – następny awans. Wśród załogi dostrzega mnie główny księgowy. Przemiły starszy pan proponuje mi stanowisko inwentaryzatora. Chętnie się godzę, licząc na to,  że jeszcze się czegoś nowego nauczę. Wtedy pierwszy raz się zetknęłam z księgowością. Była to praca interesująca, choć niełatwa i odpowiedzialna. Poznaję tajniki działu finansowo – księgowego. Główny księgowy dużo z nami rozmawia, uczy nas pracy zawodowej. Pierwszego dnia, po naradzie z pracownikami księgowości, prosi mnie i dwie koleżanki, abyśmy przeszły do gabinetu prezesa. Spojrzałyśmy na siebie, nie wiedząc, o co chodzi. Mieliśmy w tym czasie prezesa, człowieka „twardej ręki”, dla którego nie było tłumaczenia, że ja czegoś nie chcę, czy nie zrobię. Tym razem prezes był uśmiechnięty i zaproponował nam podjęcie nauki w Zespole Szkół Zawodowych na Wydziale Zaocznym w Kutnie, ewentualnie w razie niewyrażenia zgody – zmianę stanowiska pracy. Wybór padł na pierwszą propozycję.

W moim życiu doszło wiele obowiązków. Przed trzema laty założyłam rodzinę. Zastanawiam się, czy podołam. Dom, rodzina, praca i nauka, ale jednak silna wola, postanowienie zwycięża.

Po złożeniu niezbędnych dokumentów zostaję przyjęta na rok szkolny 1964/65. Rozpoczyna się trudna i żmudna praca. Nowa era życia. Dość długa przerwa w nauce daje znać o sobie. Jest bardzo trudno godzić obowiązki matki, ucznia i pracownika. Mimo miłej atmosfery w szkole, dużej pomocy profesorów , jedna z koleżanek rezygnuje już po połowie roku szkolnego, druga po dwóch latach przerywa naukę. Zostaję z tej spółdzielni sama. W dwie łatwiej było się uczyć. Niektóre prace kontrolne czy lekcje można było przekonsultować. Czuję się  również zrezygnowana. Podnosi mnie na duchu prezes, awansując na zastępcę głównego księgowego. Zdaję sobie sprawę, że nie mogę zawieść jego nadziei. Każdy wolny czas i urlop poświęcam nauce. Nie opuszczam konferencji szkoleniowych, które nam, słuchaczom, pomagały bardzo dużo. Osobiście stwierdzam, że powinno być ich więcej. System nauczania pozwalał na utrwalenie tematów. Sam sposób przekazywania wiedzy przez profesorów był zrozumiały, poszerzał nasze wiadomości zdobywane przez samokształcenie. Niezrozumiale zagadnienia wyjaśniane były w sposób prosty i szczegółowy. Dużo kłopotów przysparzał nam brak podręczników. Wiele książek nie mogła nam zabezpieczyć biblioteka fachowa ani szkolna. W naszej klasie korzystaliśmy z pomocy koleżeńskiej. Podręczniki pożyczaliśmy od siebie, przesyłając pocztą.

Na wykłady jeździłam chętnie, chociaż było mi ciężko, bo codziennie dojeżdżałam. Nie mogłam korzystać z zakwaterowania, bo miałam małe dziecko. Profesorowie dawali z siebie wszystko, chcieli, by każdy „zaobrączkowany” uczeń zaliczył egzamin. Mimo że byliśmy ludźmi dorosłymi, w naszej ciasnej klasie na Lelewela było cicho i spokojnie. Z powagą słuchaliśmy wykładów. Czuliśmy się uczniami, respektowaliśmy uwagi profesorów.

Dobry uczeń i pilny, pan Mieczysław Kunicki, gospodarz naszej klasy, zaproponował nam zdawanie niektórych egzaminów wcześniej, nie czekając ostatnich dni roku szkolnego. To był bardzo dobry sposób na pozytywne zaliczenie egzaminu. Po ich zaliczeniu już się nie myślało o zdanym przedmiocie. Czas przeznaczało się na następne. Po prostu tak nam było wygodnie. Pamiętam, ile radości przynosił każdy pomyślnie zdany egzamin. Przez pięć lat nie miałam egzaminu poprawkowego, chociaż można było z dwóch przedmiotów zdawać poprawkę. Z satysfakcją pokazuję dzieciom swój indeks, który mam do dziś. Chociaż oceny są niewysokie, to mogę im udowodnić, w jakich warunkach na nie zapracowałam. Tym samym dopinguję ich do nauki. Mogę je przekonać, że warto się uczyć.

Dzięki temu, że miałam średnie wykształcenie ekonomiczne awansowałam na główną księgową, następnie po sześciu latach zaproponowano mi stanowisko prezesa zarządu, które piastowałam przez pięć lat. Tak od najniższego stanowiska doszłam do najwyższego w tym przedsiębiorstwie. Każdy początek ma swój koniec. Również na tym stanowisku nie mogłam pracować wiecznie.

Wiele czynników złożyło się na to, że zrezygnowałam z tej pracy. Powróciłam na stary, ale wygodny „stołek” i znów pracuję jako główna księgowa. Praca ta daje mi wiele satysfakcji i zadowolenia. W czasie trwania trzydziestoletniej pracy otrzymałam wiele dyplomów, nagród oraz odznaczeń. Zespół finansowo – księgowy jest dobry, większość pracownic to absolwentki szkoły CZSR w Kutnie.

Często rozmawiam ze współpracownikami, wspominamy.

 

 

 

 

 

Anna Kraskiewicz  (słuchaczka Wydziału Zaocznego II rok Policealnego Studium Zawodowego)

Od matury po dyplom technika w Policealnym Studium Zawodowym

 

Uczęszczam obecnie już drugi rok do Policealnego Studium Zawodowego przy Zespole Szkół Zawodowych CZSR  ,,SCh” w Kutnie. Naukę rozpoczęłam po dwóch latach pracy w dziale księgowości w Zakładach Wytwórczych Maszyn Elektrycznych i Transformatorów ,,Emit” w Żychlinie. Naukę w studium podjęłam, ponieważ uważam,  że ukończone liceum ogólnokształcące nie dało mi pełnego przygotowania do wykonywanego zawodu. Nie znałam podstaw księgowości oraz wielu zagadnień ekonomicznych i może dlatego moja praca wydawała mi się mało ciekawa.

Gdy w ubiegłbym roku dowiedziałem się o możliwości rozpoczęcia nauki w studium, zwróciłam się z prośbą do moich przełożonych, aby wyrazili zgodę na to, bym bez przerywania pracy zawodowej mogła podjąć naukę. Zajęcia w szkole odbywają się dwa razy w tygodniu: w piątek od godziny 15.00 i w sobotę od godziny 8.00. Klasa nasza liczy obecnie 22 osoby (same kobiety). W pierwszym roku było nas więcej, niestety, nie wszystkim udało się pogodzić naukę z obowiązkami w pracy i w domu. Wszystkie staramy się być zawsze na zajęciach. Jest to dla nas bardzo ważne, ponieważ w czasie lekcji nauczyciele omawiają trudniejsze zagadnienia, wyjaśniają nowe pojęcia. Korzystamy również z pomocy naukowych w postaci plansz, wykresów, wyświetlanych filmów. Utrwalanie materiału odbywa się często w formie dyskusji. Dzięki  notatkom z lekcji praca z podręcznikami w domu jest o wiele łatwiejsza i nie wymaga tyle czasu.

Dużą pomoc przy zakupie potrzebnych do nauki podręczników okazała nam dyrekcja szkoły. Zatroszczono się o to, aby każdy mógł nabyć je w szkole. Udogodnieniem dla osób dojeżdżających jest również to,  że mogą korzystać z noclegu i wyżywienia w szkolnym internacie.

Mimo że przebywamy w szkole stosunkowo krótko, bo zaledwie przez kilka godzin w ciągu tygodnia, to jednak zawsze spotykamy się z ogromną życzliwością. Prowadzący zajęcia nauczyciele interesują się naszymi problemami,  starają się nam pomóc, służyć radą.

Szczególną rolę w życiu klasy spełnia samorząd. W porozumieniu z nim układa się plan zajęć, z jego inicjatywy prowadzona jest przez młodzież akcja ,,Szklanka gorącej herbaty” , z której każdy chętnie korzysta. Do samorządu należy również organizowanie uroczystości szkolnych.

Teraz przygotowujemy się do egzaminów końcowych będących podsumowaniem naszej dwuletniej pracy. W przyszłości chciałbym podjąć naukę na wyższych studiach ekonomicznych, a obecnie pragnę wykorzystać zdobytą w szkole wiedzę w swojej pracy zawodowej dla dobra mojego jak i ogółu.

Galeria zdjęć
0_7 2000-styczen-7-8-spotkanie-dyrektorow-szkol-ekonomicznych-i-handlowych4 rzuc_palenie_07 promocja_zdrowia_06